Myśli rozczochrane

Prąd

Życie jest zagadką. Jedną wielką zagadką, którą wszyscy usiłujemy rozgryźć. Chcemy, żeby szło po naszej myśli i buntujemy się, gdy los za nic nie chce się dopasować do wykreowanego przez nas obrazka. Bo przecież my wiemy lepiej. Wiemy, co jest dla nas dobre i każda alternatywa jest absolutnie wykluczona. Tylko czy naprawdę możemy przewidzieć, co czeka za zakrętem? Może dzięki temu, że nie dostaliśmy tego, o co tak zabiegaliśmy, zrobi się w naszym życiu przestrzeń na nowe, lepsze? A może to nie jest czas i miejsce, żeby coś się wydarzyło i to przyjdzie do nas samo, gdy już będziemy gotowi? Niecierpliwi, chcemy już poznać wszystkie odpowiedzi, a przecież życie to podróż – najpierw trzeba przejechać jeden odcinek, żeby móc zobaczyć kolejny. Więc zapnijmy pasy i skupmy się na drodze przed nami. Wszystko w swoim czasie.
valery-sysoev-ooOoXfWK4Fo-unsplash

Naze ego uwielbia kontrolę i wariuje, gdy jej nie ma. Uważa, że tylko nasza wizja jest jedyna i słuszna i jeśli się nie ziści, to nastąpi koniec świata. Tak kurczowo trzymamy się wymyślonych przez siebie scenariuszy, ignorując to, co podsuwa nam życie, że nie potrafimy złapać szerszej perspektywy. Chcemy, żeby wszystko szło zgodnie z naszym planem i każde odchylenie w inną stronę traktujemy jak osobistą katastrofę. Często to nie to, czego doświadczamy jest problemem, lecz nasza niezgoda na alternatywny bieg wydarzeń. Uparcie obstajemy przy swoim i gdy życie wymyka się nam spod kontroli, najpierw rozzłoszczeni tupiemy nogą, potem tracimy energię na zaprzeczanie rzeczywistości, żeby w końcu opaść z sił i przystać na to, co przyniósł nam prąd życia. Czy warto było się tak siłować? Zapewne nie, ale cholernie ciężko jest odpuścić kontrolę i powiedzieć „Akceptuję to, co jest”. Często nawet na samą myśl robi nam się słabo, nie mówiąc o tym , żeby przeszły nam te słowa przez gardło. Bo co oznaczają?

 

Akceptuję to co jest, czyli wiem, że nic nie wiem i nie mam nad większością zdarzeń kontroli?

 

Przyznanie się przed samym sobą, że tak naprawdę nie mamy władzy nad naszym życiem i jedyne, co możemy zrobić to wybrać swoje nastawienie do tego, co nas spotyka, to jak przyznanie się do swojej bezbronności i swoistej bezradności. Auć. To boli. Szczególnie, że ego jest żądne władzy i nie odpuszcza tak łatwo. Dopiero uświadomienie sobie tego, że wszystko jest po coś i nie mamy teraz dostępu do całego obrazu, widząc zaledwie jego maleńki wycinek, przynosi ukojenie. Pomaga też wiara w to, że Ktoś nad nami czuwa. Że jest jakaś Siła Wyższa, Bóg, który wie co robi. Wie co robi i o nas nie zapomniał, nie jesteśmy zostawieni sami sobie. Ta myśl jest pokrzepieniem, gdy umysł przysparza cierpień swoją niezgodą na bieg wydarzeń. Nikt z nas nie wie, co go czeka. Chcemy już, teraz, zaraz mieć to, czego pragniemy i nawet nie bierzemy pod uwagę innego rozwiązania. A przecież pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Nie da się ruszyć do przodu bez wylizania wciąż palących nas ran. Nie da się zakryć dziury w podłodze dywanem i udawać, że jej tam nie ma. To znaczy można, ale to nie oznacza, że kiedyś przez roztargnienie do niej nie wpadniemy 😉

Wzięcie głębszego oddechu, zdystansowanie się do głosu swojego przemądrzałego ego i pokorna akceptacja tego, co jest boli. Boli, bo uświadamiamy sobie, że głową muru nie przebijemy, choćbyśmy nie wiem jak mocno walili. Jedynym efektem może być przeszywający ból i mdłości, więc czy warto? Czy warto kurczowo trzymać się swojej wizji własnego życia? Czy naprawdę inaczej znaczy gorzej? Przecież świat jest pełen możliwości i nigdy nie wiemy, którą z nich nas zaskoczy. Dlatego czasem opłaca się przymknąć powieki i odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, czy naprawdę to, co nas spotyka jest takie straszne. Może to właśnie tego potrzebujemy? W chwilach zwątpienia polecam pochylenie się nad tym zdaniem:

 

Może to, przez co teraz przechodzisz, przygotowuje Cię do tego, o co prosiłeś?

 

Zbyt wiele czasu marnujemy na walkę z życiem. Na walkę z tym, co jest. A ile razy było tak, że to właśnie wydarzenia niezgodne z naszym planem rodziły najpiękniejsze owoce? Zmieniały naszą perspektywę i sprawiały, że wkraczaliśmy na ścieżkę, o której do tej pory nawet byśmy nie marzyli. Życie jest nieprzewidywalne. I dlatego jest piękne. I choć czasem boli, to cóż – nie zawsze musi być kolorowo. Ale zawsze mamy wybór, czy coś nas złamie czy wzmocni. W takich momentach kształtuje się siła charakteru. Bo silni ludzie to nie ci, których los oszczędzał, oprawiając ich w przysłowiową ramkę. To ludzie, którzy, pomimo przeciwności, potrafili znaleźć w nich głębszy sens i popłynęli z prądem życia. To jedyny sposób na dopłynięcie o brzegu.

 

Dystansu do własnych scenariuszy oraz otwartego serca – tego sobie i Wam życzę. Szczególnie pod koniec roku, gdy bilans minionych miesięcy może nas niekoniecznie zadowalać. Spokojnie, najlepsze dopiero przed nami! 🙂

 

Ściskam, Agnieszka

_______________________________

Jeśli spodobała Ci ten wpis, udostępnij go znajomym, polub New Chapters na Facebooku (KLIK) i zostaw po sobie ślad – stwórzmy razem społeczność marzycieli, którzy potrafią dostrzec piękno w najzwyklejszych momentach… Dziękuję, że ze mną jesteś i… nie bój się marzyć! 

2 komentarze

  • Ew

    Rzeczywiście, kiedy coś nie idzie po naszej myśli i buntujemy się, wkurzamy, warto pomyśleć, że może to, co nam nie pasuje, przygotowuje do tego, czego pragniemy… Mamy ograniczone pole wyobraźni i planów, patrzymy za wąsko i za blisko. Dopiero szersza perspektywa daje inne spojrzenie.

    • Agnieszka (New Chapters)

      Tak, ale naprawdę ciężko czasami odpuścić i powiedzieć „niech się dzieje, co chce”. Jesteśmy przyzwyczajeni do swojej wizji, wręcz z nią zrośnięci i dlatego nie dopuszczamy do siebie alternatywnych rozwiązań. Ale obstając przy swoim bardzo często tracimy z pola widzenia coś, co jest dla nas lepsze. I tak, ma Pani rację, szersza perspektywa jest zbawienna w wielu sytuacjach 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *