Opowiadania

Gorzki cukier cz. 2

     Życie pisze różne scenariusze. Nasze wyobrażenia rzadko kiedy pokrywają się z rzeczywistością, a niezgoda na to co nas spotyka rodzi ból. Wszyscy pragniemy jednego – szczęścia, które dla każdego z nas oznacza coś innego. Nie inaczej jest u bohaterów „Gorzkiego cukru”, szukających swojej ścieżki w labiryncie życia. Zapraszam Was dziś na drugą część opowiadania. Mam nadzieję, że pozwoli Wam choć na chwilę oderwać się od codziennych zmagań. Przyjemnej lektury! 

   Irytujący dźwięk budzika wybił Marię ze snu. W półmroku pokoju wyczuła wibrującą komórkę pod kołdrą i ospałym ruchem wcisnęła „Ignoruj”. Niech to szlag. Znowu pół nocy męczyła się, żeby w ogóle zasnąć a potem rano ledwo mogła zwlec się z łóżka. Musiało jej się śnić coś męczącego, bo cała była mokra od potu. Odgarnęła lepiące się do czoła włosy i głęboko westchnęła. Jeśli tak zaczynał się jej dzień, to jak mogła wyglądać jego dalsza część?

   Maria nie miała jednak czasu na głębokie rozważania egzystencjonalne i dopuszczenie do siebie dręczącego ją od dłuższego czasu Weltschmerzu. Robota wzywała i nie było zmiłuj, w dodatku rankiem czas zdawał się szybciej płynąć niż zazwyczaj. Jakby jakaś tajemnicza czasoprzestrzeń uruchamiała się dopiero w pracy, gdzie 8 godzin wlokło się niemiłosiernie. Co prawda Maria nie mogła narzekać na swoją ciepłą posadkę w wydawnictwie. Zajmowała się promocją książek, przygotowywała plakaty i zakładki, a nieraz udało jej się nawet brać udział w przygotowaniach spotkań autorskich ze znamienitymi pisarzami. Dla mola książkowego to była praca niemalże idealna, lecz nawet to nie pomagało w trudnych chwilach, które zdarzają się przecież każdemu. W takie dni jak ten, niemożliwością stawało się wykonywanie najbardziej prozaicznych czynności, nie mówiąc o stawieniu się w pracy w pełnym rynsztunku i z zapałem do wykonywania swoich obowiązków. Wtedy najczęściej wybierała opcję home office i przez większość czasu stukała na klawiaturze przykryta fiołkowym kocem, zaopatrzona w ciepłe napoje i talerz przekąsek.

   Niestety, dziś wypadał TEN dzień, gdy Maria nie mogła pozwolić sobie na gnicie w piżamie do obiadu. Musiała pojawić się w biurze z powodu obowiązkowej comiesięcznej narady, dotyczącej rozplanowania działań promocyjnych na nadchodzące tygodnie. W każdy przedostatni czwartek miesiąca całe wydawnictwo spotykało się w sali nr 8, potocznie zwanej Mózgownicą, by przy akompaniamencie brzęku kubków z kawą i pstrykaniu firmowych długopisów ustalić dalszy plan działania. Choć Maria częściej bywała intro- niż ekstrawertyczką to lubiła te cykliczne narady, w trakcie których mogła poczuć się częścią większej całości. Praca zdalna owszem, była przyjemna, jednak atmosfera zebrań przepełniona była mobilizacją, wzajemnym przebijaniem swoich pomysłów i dobrą energią. Maria nienawidziła rywalizacji i dziękowała w duchu Bogu za tak zgrany zespół. Ludzie z wydawnictwa pracowali z pasji i chęci szerzenia czytelnictwa zarówno wśród młodzieży jak i dorosłych. Niektórzy traktowali tę posadę z tak wielkim namaszczeniem, że odpowiednio dobierali strój; nosili szelki, białe koszule i obowiązkowo ołówek za uchem. To wszystko, w połączeniu z regałem uginającym się od wydanych przez nich książek, snobistycznym ekspresem do kaw wszelkiej maści i biurem ulokowanym w postmodernistycznym gmachu z widokiem na wrocławski Rynek sprawiało, że czuli się niemal jak w amerykańskim filmie. Ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że to „przerost formy nad treścią”, jednak gdy spotkają się prawdziwi pasjonaci, wszędzie czuć zamiłowanie do wykonywanej pracy.

   „Dam radę”. Pokrzepiła samą siebie Maria i wzięła głęboki wdech. Z ociąganiem umyła zęby i wypiła dwa kubki ciepłej wody z cytryną. Lubiła te poranne rytuały, które pozwalały jej powoli wdrożyć się w nowy dzień, ale dziś nawet one nie potrafiły przywrócić jej dobrego nastroju. W ramach ukojenia nerwów zrobiła sobie solidną porcję budyniu i, lustrując zawartość szafy, zabrała się za jedzenie. To zdecydowanie był smak jej dzieciństwa. Pamiętała, gdy na wakacje jeździła do babci Antosi pod Kraków. Babcia, która dość szybko została wdową, potrafiła wyczarować najpyszniejsze potrawy z bardzo prostych składników. To u niej Maria zdobyła kucharskie szlify i nauczyła się jak zrobić ze zwykłego ciasta wyrafinowany przysmak i jak serwować ziemniaki, żeby zachwyciły wszystkich. Wychowana w czasach wojny matka jej ojca była nad wyraz zaradną kobietą, swoistą czarodziejką szarej codzienności. Jej konfitury rozjaśniały najbardziej ponure zimowe wieczory, zaś bułki z serem były odpowiednią pociechą na złamane nastoletnie serce. Na samą myśl o tamtych czasach ogarnęła Marię bolesna nostalgia; uczucie z rodzaju tych, które uświadamia nam, że coś bezpowrotnie minęło.

   Z rozmyślań wyrwał ją nerwowo dzwoniący telefon. Majka.

– Słońce, śpieszę się – rzuciła Maria, wrzucając do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Jak zwykle wszystko się w niej zaraz pomiesza i znalezienie portfela będzie graniczyło z cudem.

– OK, zadzwoń jak będziesz w autobusie. Nie uwierzysz, co tym razem wymyślił Krotecki.

   Maria przewróciła oczami na sam dźwięk tego nazwiska. Znała szefa Transvity tylko z barwnych opowieści przyjaciółki, lecz to wystarczyło, żeby pałała do niego szczerą niechęcią. To był nad wyraz nieprzyjemny człowiek, nieumiejący rozgraniczyć spraw prywatnych od zawodowych. Pełna profeska. 

***

    Siedząc w rozklekotanym „rydwanie” (jak na autobusy zwykła mawiać jej mama), Maria wyciągnęła telefon i szybkim ruchem wybrała numer Majki. Nie mogła się doczekać kolejnych newsów; była naprawdę ciekawa co też stało się dokładnie o 9 rano.

– To już przechodzi wszelkie pojęcie – jęknęła Majka, która odebrała już po jednym sygnale. – W jakim żyjemy wieku? W XXI, gdybyś nie pamiętała. W wieku, w którym mamy komputery, aplikacje, programy do tworzenia dokumentów, wymyślnych tabelek i raportów. I wiesz, na co wpadł mój genialny szef? Że od dzisiaj mam prowadzić ZESZYT z zapiskami gdzie i jak się reklamujemy. Rozumiesz? – oburzyła się. – ZESZYT. I mam w nim pisać ręcznie. Nie żebym była jakąś leniwą księżniczką, która boi się o własne nadgarstki, ale, Maryśka, to jest po prostu śmieszne. Przecież już po tygodniu odpadnie mi ręka! Nie mówiąc o tym, że ten zeszyt może się zawieruszyć. Śmiechu warte! Przecież robię to wszystko w Excelu – wypisuję co, za ile i u kogo. Ład, porządek i organizacja. I do tego mam prowadzić zeszyt, wpisując wszystko po dwa razy? On na głowę upadł?

– Żartujesz sobie? – parsknęła Maria, rozmawiając przyciszonym głosem. Nie chciała, żeby współpasażerowie obrzucili ją nienawistnym spojrzeniem za paplanie w trakcie jazdy. Wystarczyło, że dziecko obok darło się wniebogłosy bo właśnie jechało na wizytę do dentysty (o czym cały autobus dowiedział się zaraz po jego wejściu).

– Nie, nie żartuję. Wiesz, czym wytłumaczył swoją decyzję? Ano tym, że po tylu godzinach pracy przy komputerze bolą go oczy, a poza tym woli mieć wszystko na piśmie, bo przecież komputery też mają AWARIE. Tylko czemu nikt inny w całej firmie nie musi tego robić i może polegać na niepewnej elektronice? Dlaczego nikt inny, tylko ja, muszę zapisywać takie rzeczy? Przecież dział marketingowy nie jest wcale najważniejszy. Moglibyśmy się bez niego obejść, gdyby firma naprawdę cienko przędła. Ten człowiek jest nienormalny. Wiem, że ożenił się z rozsądku, ale ile można kogoś gnębić za dawne sprawy? Czy to do cholery moja wina, że moja matka zakochała się w innym? To jest tak absurdalne, że czuję się jak główna postać kiepsko wyreżyserowanego paradokumentu.

– Nie wierzę w to, co słyszę. – Maria zniżyła głos, bo płacz dziecka przerodził się we wrzask i atmosfera w środku zrobiła się mocno napięta. – Wpadnij do mnie wieczorem. Kupię jakieś dobre jedzenie, nam obu przyda się chwila relaksu.

***

   W Mózgownicy zdążyli się już zebrać prawie wszyscy, gdy do środka wpadła zdyszana Maria. Znowu za późno wyszła z domu i musiała biec z przystanku. Mogła jechać rowerem, ale nie uśmiechało jej się dzisiaj pedałowanie przez zatłoczone wrocławskie ulice. Wybrała więc transport publiczny, lecz pech chciał, że znowu nie zaktualizowała w telefonie aplikacji z rozkładem. Nie dość, że była spóźniona, to przed wyjściem wylała na nowe książki kubek świeżo zaparzonej kawy. Brakło jej czasu na ratowanie nowo nabytej lektury; mogła jedynie wzruszyć ramionami i po raz kolejny złożyć samej sobie pokraczną obietnicę, że jutro to już na pewno wyrobi się ze wszystkim. Wystarczy przecież wstać chwilę wcześniej, by rano nie musieć śpieszyć się ze wszystkim. Maria oddałaby wiele za charakter swojej matki, która była zawsze dobrze zorganizowana, a termin „spóźnienie” nie funkcjonował w jej słowniku. Dla rodzicielki zachowanie jej dorosłej już córki było momentami nie do przyjęcia, ale skoro od jakiegoś czasu nie mieszkały pod jednym dachem, Maria postanowiła nie zaprzątać już sobie tym głowy. To ona była odpowiedzialna za swoje życie i ewentualne poślizgi. Brała odpowiedzialność za własne potknięcia i ponosiła konsekwencje w postaci poczucia wstydu za niewyprasowaną bluzkę, w której musiała paradować przez całe 8 godzin.

   Tego dnia jej garderoba była jednak bez zarzutu – dopasowane czarne cygaretki podkreślały jej smukłe nogi, zaś marcepanowa koszula wydobyła piękno zielonych oczu. Długie włosy zaplotła w autobusie w niedbałego, acz stylowego warkocza, a swą delikatną urodę podkreśliła makijażem dla leniwych (jak zwykła nazywać go Majka, która przed lustrem spędzała długie godziny, konturując to co trzeba i wywijając rzęsy zalotką). Maria nie miała na to ani ochoty ani czasu; musiała zadowolić się delikatnym kremem BB, muśnięciem bronzera i dobrą mascarą. Całości dopełniała szminka z Rossmanna w kolorze nude za zawrotną sumę piętnastu złotych.

   – Chcesz kawy? – Leokadia szturchnęła ją łokciem. – Dzisiaj Franek parzy.

   – Ooo, jak Franek, to pewnie! – zaśmiała się Maria, ochoczo kiwając głową. Franek słynął bowiem ze swojego zamiłowania do przyrządzania kawy i w zasadzie każdego dnia zgłaszał się na baristę wolontariusza. Reszta zespołu nie miała nic przeciwko; nikomu nie chciało się sterczeć przy spieniaczu do mleka, żeby przygotować ponad trzydzieści napojów dla ludzi o różnych preferencjach („z mlekiem, bez mleka, z tym bez laktozy, z sojowym, a jest może owsiane?”).

   Franek wymownie podwinął rękawy i z miną specjalisty zaczął swoje codzienne popisy, które inni z przyjemnością obserwowali.

– Dzisiaj dołącza do nas nowa osoba. – Leokadia zaczęła rozkładać swoje notatki na przestronnym stole. – Podobno świetny gość, przychodzi do nas z Mola Książkowego.

   Maria uniosła brwi w geście zdziwienia. Mól Książkowy to było jedno z najpopularniejszych wydawnictw we Wrocławiu – po mieście krążyły plotki o wysokości zarobków i nienormowanym czasie pracy. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby zostawić tak prestiżową posadę, żeby przenieść się właśnie do nich? Co prawda pensję mieli naprawdę niezłą, pakiet benefitów także, ale halo? To przecież MÓL KSIĄŻKOWY. Studenci daliby się pokroić za staż w tym miejscu, nawet nieodpłatny. Ba! Wielu z nich jeszcze by za niego dopłaciło z pocałowaniem ręki w pakiecie. Wpisanie takiej petardy do CV było przepustką do wydawniczego świata i zapowiedzą świetlanej kariery. Dlaczego ten nowy postanowił zejść o oczko niżej w hierarchii?

– Hm, ciekawe. – To była jedyna odpowiedź, jaka przyszła Marii do głowy. – Jak się nazywa?

– Krzysiek, nazwiska nie pamiętam.

   Maria poczuła nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Krzysiek. To imię prześladowało ją od niemal roku, gdy zakończył się jej trzyletni związek z poznanym na studiach Krzyśkiem. Byli naprawdę dobraną parą i Maria do dzisiaj nie mogła się po tym pozbierać. Co prawda minęło już całe jedenaście miesięcy, ale nadal każdego dnia myślała o swoim byłym, przywołując w myślach chwile, kiedy byli szczęśliwi. Gdyby jeszcze doszło między nimi do czegoś niewybaczalnego, Marii byłoby dużo łatwiej nazwać go „palantem” i usunąć ze swojego serca. Tak jak to było w przypadku Majki, której narzeczony z dnia na dzień oświadczył, że „chyba się odkochał” i w ten sam dzień wstawił na Facebooka zdjęcie z jakąś paniusią. Ale tutaj nic takiego się nie wydarzyło. Po prostu nie potrafili szczerze ze sobą rozmawiać. Zamiatali małe niesnaski pod dywan, sądząc, że wszystko się jakoś ułoży. Samo. Aż w końcu nadszedł dzień, gdy zbagatelizowanych spraw było zbyt wiele, żeby potrafili spokojnie ze sobą rozmawiać. Tak zdecydowali się na miesięczną przerwę, po której doszli do tego samego wniosku. Że potrzebują jeszcze trochę czasu. Aż w końcu minęło prawie dwanaście miesięcy i oboje czuli się jeszcze gorzej – z jednej strony codziennie o sobie nawzajem myśleli; z drugiej zaś bali się, że znowu będzie tak samo. 

   Byli jak dwoje upartych dzieci, które bardzo czegoś pragną, a jednocześnie boją się, że im nie wyjdzie, jakby jakaś niewidzialna siła była odpowiedzialna za ich związek, a nie oni sami. Maria zastanawiała się, jak długo jeszcze będzie trwać to cierpienie; Krzysiek gościł w jej myślach każdego dnia i towarzyszył jej tuż przed zaśnięciem. Zastanawiała się, czy on również ją wspomina i tęskni, czy może zamknął tamten rozdział na dobre i otworzył serce na kogoś nowego. Czy przy dźwiękach ich piosenki wyobrażał sobie wspólne czasy, czy może nie wzbudzało to w nim żadnej nostalgii? Czy na dźwięk jej imienia lub sporadycznych wpisów na Facebooku czuł ukłucie w sercu, czy może scrollował dalej, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi? Nie odzywał się od jakiegoś czasu, więc konkluzja była jasna – zdążył już zapomnieć. Albo upór nie pozwalał mu wyciągnąć ręki. Maria nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na te pytania, więc również postanowiła odpuścić. Niech się dzieje, co chce. Niestety, wspomnienie jego łagodnych oczu nadal przyprawiało ją o przyśpieszone bicie serca i non stop modliła się, żeby w końcu potrafiła o nim zapomnieć. Bo ile można żyć przeszłością?

– Halo, tu ziemia! – Leokadia zamachała ręką przed jej twarzą. – Maryś, coś się dzieje?

   Maria popatrzyła na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Nie, nic. – Otworzyła przepastny notatnik. – Zamyśliłam się.

– Ostatnio dość często ci się to zdarza. – Leokadia przyglądała jej się badawczym wzrokiem. – Wiesz, że gdybyś chciała pogadać, to jestem.

– Wiem – odparła. – I naprawdę bardzo to doceniam.

   Posiadanie wokół osób, które potrafiły i chciały słuchać, zamiast wciąż paplać o sobie, było skarbem. Jednak Maria zdawała sobie sprawę z tego, że choćby miała obok najukochańsze osoby świata, koniec końców sama musiała zmierzyć się z wyzwaniami stawianymi przed nią przez życie. Tuż przed snem, gdy cisza pustego mieszkania niemal wwiercała jej się w mózg, wracały do niej nurtujące sprawy, niedokończone rozmowy i niedopowiedzenia między nią a Krzyśkiem. Oddałaby wiele za rozmowę szczerą aż do szpiku kości, ale niewiele była w stanie tu wskórać. Może rzeczywiście los miał dla niej kogoś innego w zanadrzu? Może ten, na którego tak się upierała, wcale nie był jej przeznaczony? Kolejne zagwozdki bez rozwiązania. Na samą myśl rozbolała ją głowa, na szczęście w tej samej chwili Franek postawił przed nią idealne latte. Choć na czas picia kawy mogła oderwać się od bałaganu w swoich myślach i zatopić się w chwili obecnej. Pomimo burzy w sercu uśmiechnęła się do swojego zespołu, jeszcze raz dziękując za tak normalnych ludzi. Przynajmniej praca nie przysparzała jej dodatkowych problemów i to była jedna z niewielu rzeczy, które pomagały jej głębiej odetchnąć.

   „Żadna, nawet najciemniejsza noc nie trwa wiecznie” Upomniała samą siebie w myślach i upiła łyk kawy. Czuła, że w końcu nadejdą chwile, kiedy w jej sercu zagości prawdziwy spokój. Bo przecież na niego zasłużyła.

________________________________

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *