Opowiadania

Pogoń #1

 

Wybiła ósma. Ewka spojrzała na zegarek i przewróciła się na drugi bok. Przez całą noc nie zmrużyła oka; czuła, że dzisiejszy dzień nie będzie należał do najłatwiejszych. Praca, choć wcześniej była marzeniem numer jeden, teraz nie napawała jej ani odrobiną entuzjazmu. Tym bardziej, że po dawnej karierze zostały tylko wspomnienia i dziś miała oficjalnie rozpocząć nowy etap w życiu zawodowym. Wizja przekroczenia progu korpoświata i zajęcia miejsca w jednym z wielu mikroskopijnych boksów przyprawiała ją o mdłości i sprawiała, że drżały jej spocone ręce. Ewa po raz setny tej nocy zastanowiła się, jakby to było być facetem – położyć się do łóżka i po prostu zasnąć. Bez zbędnej analizy, rozkładania zeszłorocznej rozmowy na czynniki pierwsze i wymyślania alternatywnych, mało prawdopodobnych scenariuszy. Przeciągnęła się leniwie i wsunęła stopy w puchate kapcie. Postanowiła, że nie da się ponieść tym wszystkim kłębiącym się w jej głowie negatywnym emocjom i zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby zacząć ten etap w życiu z dobrą energią. Podreptała do kuchni, otworzyła okno i zaparzyła sobie najdroższą kawę, jaką miała – w końcu raz się żyje, a pierwszy dzień w nowej pracy był z pewnością wart celebrowania. Usiadła ze swoim ulubionym kubkiem i po raz kolejny zatopiła się w swoich myślach, co ostatnio zdarzało jej się dość często.

Sięgnęła pamięcią do zeszłej wiosny i uczuć, jakie jej wtedy towarzyszyły – radości, oczekiwania pełnego ekscytacji i swobodnej beztroski. Sądziła, że świat stoi przed nią otworem, że może wszystko i nic nie jest w stanie jej złamać. Wtedy nie wiedziała jeszcze, jak bardzo się myliła. W ciągłym pędzie nie myślała o sobie – liczyła się tylko kariera i wizja rychłego awansu w międzynarodowej firmie marketingowej. Ach, jaka była z siebie dumna, niczym paw stroszący swoje piórka! Biegała z jednego ważnego spotkania na drugie (jeszcze ważniejsze), pracowała po kilkanaście godzin dziennie, jadła byle co i byle jak, a o dniu bez pracy nie chciała nawet słyszeć. Czuła się niebywale ważna i potrzebna. Doceniana. Szanowana za to, jaką pozycję zajęła w zaskakująco szybkim (jak na polskie realia) tempie. Ewka miała wrażenie, że wygrała życie. Nie zwracała uwagi na to, że każdy kolejny dzień był po brzegi wypełniony pracą i tym, co z nią związane; potrafiła odpisywać na niecierpiące-zwłoki-maile-od-których-zależało-to-czy-Ziemia-będzie-się-dalej-kręcić. Miała wrażenie, że to jest właśnie szczęście, o którym każdy marzy – dobrze płatna praca w renomowanej firmie, respekt, firmowy samochód i poczucie bycia niezastąpionym. Praca była centrum jej wszechświata, a na każde pytania o hobby odpowiadała lekceważącym prychnięciem i wzruszeniem ramionami. Po co miała tracić czas na jakieś durne bieganie, czytanie romansideł,  czy oglądanie jakiejś opery mydlanej. Spacery? Chodzić bez celu po parku? Bez sensu. Gotowanie? Wolała zamówić idealnie dopasowaną do jej potrzeb dietę pudełkową, którą można było zabrać nawet na przelotne spotkanie z rodziną. W końcu musiała być zawsze w formie i na najwyższych obrotach, więc ślęczenie w kuchni absolutnie nie wchodziło w grę.

Żyła w takim tempie ponad pięć lat. Pięć szybkich, zwariowanych, w ciągłym niedoczasie lat. Pełnych stresu, który, jak twierdziła, działał na nią mobilizująco – napędzał ją do działania i sprawiał, że wciąż mierzyła coraz to wyżej i wyżej. Miała w sobie jakiś absurdalny niedosyt, bo przecież ambitne osoby powinny piąć się po szczeblach kariery. Przynajmniej tak twierdzili mówcy motywacyjni i wszelcy coachowie, których wystąpienia towarzyszyły jej w porannej podróży do pracy.

Ewka była święcie przekonana, że jest niezniszczalna – niemal nigdy nie odczuwała zmęczenia, miała wrażenie, że odpoczynek jest dla słabych i leniwych. Nie znosiła marnowania czasu, bo przecież w tym czasie mogła wykonać kolejny ważny telefon lub zrealizować jakiś fantastyczny projekt. Adrenalina, jaka wytwarzała się w jej ciele pod wpływem ciągłej presji bycia doskonałą, sprawiała, że była niczym robot – ciągle perfekcyjna, doskonale przygotowana i zorganizowana. Wszyscy w firmie patrzyli na nią z podziwem i po cichu zazdrościli jej wydajności, siły i energii do działania. Ewka zyskała miano „Robocopa” (choć oczywiście nikt nie ośmielił się jej o tym powiedzieć) i była stawiana innym pracownikom za wzór do naśladowania.

Zeszłej wiosny firmę obiegła niespodziewana wiadomość – prezes postanowił przejść na wcześniejszą emeryturę; uznał, że najwyższy czas zacząć korzystać ze wszystkich luksusów, jakie zgromadził w trakcie swojej oszałamiającej kariery. Pojawiło się pytanie – kto zajmie jego miejsce? Wszystkie oczy były zwrócone na Ewkę, która przez trzy lata pełniła funkcję wiceprezesa, odnosząc na tym polu niemałe sukcesy. Ją samą zelektryzowała wizja objęcia władzy w tak prestiżowej firmie i podniesienia swojego statusu społecznego. Jej ego było wprost wniebowzięte – godzinami snuła dalekosiężne plany, które przyprawiały ją o przyjemny dreszcz. Oczyma wyobraźni widziała siebie na samym podium świata, otoczoną wpatrzonymi w nią ludźmi i oddanymi pracownikami. Już wiedziała, że zieleń na ścianach gabinetu prezesa zastąpi stonowany błękit, a ciężkie, mahoniowe krzesła wymieni na skórzaną sofę i dwa fotele. Postanowiła, że z okien znikną przytłaczające zasłony na rzecz jasnych rolet, a rozłożysty fikus w końcu zniknie z jej pola widzenia i trafi tam, gdzie jego miejsce – na śmietnik. W trakcie szybkiego lanczu przeglądała oferty ekskluzywnych sklepów, w końcu jako Pani Prezes będzie zmuszona wymienić całą garderobę i zaopatrzyć się w coś bardziej ekstrawaganckiego – dopasowany garnitur, czerwone czółenka i okulary w modnych oprawkach.

Połowa firmy z ekscytacją czekała na rozwój wydarzeń, zaś inni nie zostawiali na Ewce suchej nitki (niektórzy nie potrafili przejść nad jej triumfem do porządku dziennego, bezlitosne plotki zaczęły krążyć po bezdusznym ołpenspejsie, przedstawiając wszystko w krzywym zwierciadle). Ewka była pewna swego – wiedziała, że taki awans był tylko kwestią czasu i zwykłą, rutynową formalnością. Chodziła po firmie z dumnie podniesioną głową i coraz więcej czasu poświęcała na doskonalenie swojej wizji „wspaniałej przyszłości”, widzianej oczywiście z perspektywy prezesowskiego fotela. Ach, gdyby ktoś czytał w jej myślał, zobaczyłby same zapierające dech w piersiach obrazy – prestiż, podziw, szczęście w czystej postaci oraz przykład sukcesu z prawdziwego zdarzenia. Tak, to był jej czas i zamierzała wykorzystać go w stu procentach. W końcu miały ziścić się jej marzenia z dzieciństwa o byciu sławną, bajecznie bogatą i podziwianą przez wszystkich. Przez te wszystkie lata budowała swoją pozycję, co miało zostać wkrótce ukoronowane zdobyciem najwyższego trofeum – fotelu prezesa.

Zbliżał się dzień oficjalnego spotkania zarządu, w trakcie którego prezes miał ogłosić nazwisko kandydata. Ewka, pewna wygranej, wybrała na ten dzień czerwony żakiet, który miał symbolizować jej siłę i przebojowość, czarne cygaretki i niebotycznie wysokie szpilki z czerwoną podeszwą od sławnego projektanta. Przed pracą złożyła wizytę w salonie fryzjerskim, której efektem były lśniące bardziej niż zwykle włosy, opadające kaskadą na szczupłe ramiona. Tego dnia prezentowała się niczym rasowa kobieta sukcesu – pełna klasy, wdzięku, ale i z zadziornym pazurem w postaci szpilek i karminowej szminki. Weszła do sali prowadzona przez zawistne spojrzenia damskiej części zarządu i z dumą zajęła miejsce tuż obok prezesa. Wymienili zdecydowany uścisk dłoni i kilka uwag o nadchodzących zmianach. Prezes przeczesał palcami gęstą czuprynę siwych włosów i odchrząknął:

– Moi drodzy, witam was wszystkich na dzisiejszym spotkaniu. Zapewne wiecie, że po ponad dwudziestu latach spędzonych w naszej firmie postanowiłem zakończyć swoją karierę. No cóż – uśmiechnął się przepraszająco – w końcu starość nie radość.

Po sali przetoczył się gromki śmiech. Ewka wykrzywiła usta w sztucznym grymasie; nie była w nastroju do żartów. Chciała już, teraz, zaraz usłyszeć dobrą nowinę, która miała przypieczętować jej zwycięstwo. Z niecierpliwością zerknęła na zegarek i upiła łyk wody. Zrobiło jej się dziwnie gorąco. Odetchnęła głęboko i starała się skupić na bełkocie prezesa, który ciągnął swój wywód pod tytułem: „kocham naszą firmę, to najlepsze miejsce ever, żal mi was opuszczać, ale w końcu mam tyle hajsu, że po co mam tu siedzieć”. Upiła kolejny łyk wody i usiłowała opanować nagłe drżenie rąk. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież zawsze była opanowana i zachowywała zimną krew w nawet najbardziej stresujących sytuacjach. Podrapała się nerwowo po udzie i poczuła, że serce bije jej jak szalone. Koleżanka obok spytała, czy wszystko w porządku.

– Oczywiście – syknęła, w końcu ona, kobieta sukcesu, zawsze ze wszystkim radziła sobie sama.

– Jak się pewnie domyślacie – kontynuował prezes, wyraźnie wzruszony swoim monologiem – jedyną osobą, którą widzę na moim miejscu jest moja niezastąpiona prawa ręka, która potrafiła wyprowadzić firmę z każdej opresji. Zawsze zorganizowana, punktualna i przebojowa. Drodzy państwo, nie mogłem mianować na to stanowisko nikogo innego, jak właśnie tę kobietę, która jest urodzonym biznesmenem – klasnął w dłonie.

Ewka nie słyszała jego słów, nie mogła się uspokoić i z trudem łapała powietrze. Ktoś wziął ją pod rękę i podniósł z krzesła – prezes chciał pogratulować jej zasłużonego awansu, wszyscy bili brawo, słyszała okropny hałas, który wwiercał się jej w mózg. Ledwo stała na nogach. Oparła się o zimny blat i spojrzała na wszystkich oszołomiona.

– To dla mnie…  – po czym upadła na podłogę z głuchym łoskotem.

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *