Opowiadania

Pogoń #3

Kochani, dzisiaj zapraszam Was na trzecią część opowiadania, w której dowiemy się, co też przytrafiło się Ewce po niefortunnym zasłabnięciu na zebraniu zarządu. Zaparzcie sobie dobrą herbatkę i miłego czytania 🙂

 

 

– Pani Ewo, słyszy mnie pani? Pani Ewo?

Ewka delikatnie uniosła ciężkie powieki. W jej głowie huczało, a dłonie były mokre od potu. Oblizała spierzchnięte usta i ponownie otworzyła oczy; oślepiające światło jarzeniówki było wręcz nie do zniesienia. Spojrzała w górę. Ślęczała nad nią jakaś obca kobieta o okrągłej twarzy. Ewka nie bardzo wiedziała, co się stało i gdzie jest. Chcąc wyjaśnić tę sytuację, otworzyła usta, ale nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku – miała wrażenie, jakby głos ugrzązł jej w gardle.

– Pani Ewo, jest pani w szpitalu. Przywiozła panią karetka, bo straciła pani przytomność w pracy – pucołowata niewiasta przemówiła, patrząc jej łagodnie w oczy. – Proszę się nie bać, wykonamy kilka rutynowych badań i sprawdzimy, jak się miewa pani zdrowie. A teraz zostawię panią samą, proszę odpoczywać.

Ewka wybałuszyła oczy; nic z tego nie rozumiała. Spojrzała z przerażeniem na wenflon wbity w jej rękę, przez który przepływała zawartość dziwnie wyglądającej kroplówki. Jak to – ona, okaz zdrowia, kobieta w sile wieku, nagle wylądowała w szpitalu? Przecież była silna, pracowała po kilkanaście godzin dziennie i nigdy nie skarżyła się na żadne bóle. Wszystko w jej organizmie działało bez zarzutu, więc po jaką cholerę przywlekli ją do tego śmierdzącego środkiem dezynfekującym miejsca? Według niej, szpital był przeznaczony dla starszych, schorowanych osób, które mogły sobie pozwolić na nicnierobienie. Ale ona? Przecież właśnie miało ziścić się jej najskrytsze marzenie! Fotel prezesa już na nią czekał, a wstrętny fikus aż drżał, bo wiedział, jak skończy. O nie. Co to, to nie! Nie będzie leżała bezczynnie w łóżku, przecież musi znaleźć ekipę, która przemaluje ściany na błękit; nie miała zamiaru pracować w otoczeniu tej tandetnej zieleni. Już ona im pokaże! Niech sobie nie myślą, że zrobią z nią, co chcą! Chciała wykrzyczeć tej zarozumiałej pielęgniareczce, że ma ją NATYCHMIAST wypisać do domu, ale z jej ust wyrwało się tylko głuche westchnięcie. Z trudem złapała oddech i opadła na twardą poduszkę. Miała wrażenie, jakby uleciało z niej całe życie – nie miała wystarczająco dużo sił, żeby sięgnąć po szklankę wody, stojącą na stoliku obok. Ciało zdawało się odmawiać jej posłuszeństwa.

Przerażona usiłowała powstrzymać łzy. Nie, nie może płakać, nie ona. Przecież jest twardą kobietą i zawsze ze wszystkim sobie radzi. Jest niezniszczalna i ma przed sobą wspaniałe życie – przepełnione sukcesami, zagranicznymi wojażami i wieloma innymi osiągnięciami na miarę XXI wieku. Zdobędzie szczyt, na który tak wytrwale pracowała od wielu, wielu lat. Tak, to jest jej przeznaczenie, a nie jakieś zaleganie w szpitalnym łóżku, które w dodatku jest niewygodne i cuchnie naftaliną. Spokojnie, przecież zaraz przyjdzie lekarz i oznajmi jej, że wszystko jest w porządku i może wyjść do domu. Mijając tę okropną pielęgniarkę, pośle jej triumfujące spojrzenie, wyjdzie stąd zamaszystym krokiem i tyle ją będą widzieli. Ta wizja poprawiła jej humor i po chwili zapadła w głęboki sen.

Obudziła się dopiero następnego dnia, tak samo wyczerpana jak wczoraj, jednak nie dopuszczała do siebie myśli o ewentualnych problemach ze zdrowiem. Przecież jest zdrowa jak ryba. Nigdy nie nękały jej żadne dolegliwości, miała siły za trzech i mogła góry przenosić. Co prawda dość często bolała ją głowa, ale w końcu miała na niej tyle spraw, że to była naturalna reakcja organizmu. Może czasami czuła ucisk w klatce piersiowej, ale to normalne przy takim tempie życia, a częste napady duszności to nic wielkiego. No i nawiedzająca ją bezsenność, lecz kto by się tym przejmował, gdy środki nasenne potrafią załatwić sprawę. Uspokojona, że nic jej nie dolega, rozejrzała się po sali – ściany były pomalowane na niezbyt gustowny odcień żółtego, a okna wręcz błagały o mycie. Łóżko pamiętało pewnie epokę kamienia łupanego, o pościeli nie wspominając. Ewka wzdrygnęła się na samą myśl, ile różnych, zupełnie przypadkowych osób leżało tu przed nią. Szybkim ruchem ściągnęła z siebie kołdrę, co ją znacznie osłabiło. Poczuła, jak puls zaczyna jej przyśpieszać, więc wzięła głęboki oddech. Szpitalna atmosfera z pewnością jej nie sprzyjała.

Obudziła się po kilku godzinach; osłabienie nadal dawało o sobie znać. Z trudem uniosła się i upiła łyk wody. Która była godzina? Gdzie jest lekarz prowadzący? Jaki jest dzień tygodnia? Czy w końcu dowie się, co jest grane? Rozejrzała się dookoła – o jest! – przycisk do wezwania pielęgniarki. Wcisnęła go delikatnie i ponownie zatopiła się w białej pościeli. Po kilkunastu minutach do sali wkroczyła młoda, energiczna blondynka o przenikliwym spojrzeniu.

– W czym mogę pani pomóc? – podeszła do kroplówki i zaczęła coś przy niej majstrować. Ewka posłała pielęgniarce wściekłe spojrzenie, które w jej obecnym stanie nie robiło tak piorunującego wrażenia jak wtedy, gdy w pracy obdarzała nim swoich podwładnych.

– Czy mogę się dowiedzieć, o co tu, do cholery, chodzi? – rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zdolność mówienia wróciła, ku uciesze ciemnej strony jej charakterku.

Na pielęgniarce ta uszczypliwość nie zrobiła najmniejszego wrażenia; była przyzwyczajona do upierdliwych pacjentów, którzy swoją frustrację i bezsilność wyładowywali na Bogu ducha winnemu personelu. Uśmiechnęła się z pobłażaniem. Słyszała pod swoim adresem już tak niecenzuralne epitety, na tle których wrogość Ewki wypadała dość blado.

– Lekarz przyjdzie do pani za kwadrans piąta. Proszę czekać.

Ewka aż zagotowała się w środku; ta bezczelna dziewucha miała czelność rozmawiać z nią z jawnym lekceważeniem! Wzięła głęboki oddech i zacisnęła pięści. Spokojnie, tylko spokojnie. Przecież to tylko rutynowe badania i jeszcze dzisiaj usiądzie w swoim wygodnym, skórzanym fotelu, zapali mentolowe Marlboro i otworzy to cudowne wino, które kupiła w trakcie podróży służbowej do Mołdawii. Ta myśl ją zrelaksowała; wizja spędzenia wieczoru w tak przyjemny sposób była niczym balsam dla jej skołatanych nerwów. Po dłuższej chwili do sali wszedł lekarz – przystojny, dobrze zbudowany brunet o lekko zarysowanym podbródku. Miał niezwykłe, wręcz turkusowe oczy i uśmiech hollywoodzkiego amanta. Ewka zmierzyła go od stóp do głów; nie miała zamiaru odzywać się pierwsza. Lekarz rzucił pośpieszne „dzień dobry” bardziej do ściany niż do niej; był wyraźnie zajęty przeglądaniem jakichś papierów.

– Nazywam się Adam Jasiak. Co my tu mamy? – wymruczał, przerzucając kartki. – Chyba nie dbamy o siebie za bardzo, prawda? – zerknął na nią spod uniesionej brwi. Ewkę przeszył nieprzyjemny dreszcz.

– Proszę pana – złożyła przed sobą palce – tak się składa, że jestem jedną z najbardziej zadbanych osób chodzących po tym świecie. Mogę sobie na to pozwolić – dodała z przekąsem.

– Tak? – ponownie uniósł brew. – A co pani przez to rozumie?

– Trzy razy w tygodniu chodzę po pracy na najlepszą siłownię w stolicy. Mimo tego, że pracuję po kilkanaście godzin dziennie, to znajduję na to czas, bo formę trzeba trzymać – odparła z lekceważeniem. – Poza tym, korzystam z idealnie dopasowanej do moich potrzeb diety pudełkowej, która doskonale odżywia mój organizm. Co prawda nie zawsze mam czas, żeby wszystko zjeść, ale w porze lanczu coś przekąszę. Papierosy palę tylko od wielkiego dzwonu, zazwyczaj dwa dziennie, a alkohol piję sporadycznie – zaledwie kilka lampek dobrego wina na tydzień. Jestem lekka i pełna energii, po prostu okaz zdrowia. Czy mogę już wyjść do domu? Szpital to niekoniecznie moje klimaty.

Lekarz spojrzał na nią z politowaniem. Widocznie nie miała okazji zobaczyć swoich podkrążonych oczu i ziemistej cery, a coraz większe zmęczenie organizmu bagatelizowała z uporem maniaka. Taki widok był dla niego chlebem powszednim – ludzie, którzy myśleli, że są niezniszczalni i mogą pracować bez wytchnienia byli dość częstymi gośćmi w tej placówce. Zestresowani, przemęczeni, ze skrajnie wyczerpanym organizmem, który na wszelkie różne sposoby wręcz błagał o odpoczynek – a to przeziębieniem, osłabieniem albo nadmierną sennością. Niestety, pierwsze alarmujące sygnały były zazwyczaj bagatelizowane (bo przecież terminy gonią), co kończyło się wizytą w szpitalu. Jasiak nie mógł pojąć, dlaczego ludzie to sobie robią – zarzynają się dla sławy i pieniędzy, żeby później wydawać duże sumy na tabletki, zapijać zmęczenie hektolitrami kawy i łykać tabletki nasenne niczym tic taci. Mentalność większości ludzi XXI wieku fascynowała go i przerażała zarazem; pędzili przed siebie bez chwili wytchnienia, jakby z każdym kolejnym sukcesem ich życie mogło nabrać lepszego smaku. Jakby chwila obecna była niewystarczająca, bo za rogiem czeka ich z pewnością coś lepszego, większego, dostarczającego mocniejszych doznań. Ewka była dla niego książkowym przykładem pracoholiczki, która stawia siebie na ostatnim miejscu – nie liczy się, czy coś jadła i piła, czy jest wyspana, czy nie – najważniejsza jest praca i wszystko, co z nią związane. Przecież ważne telefony trzeba odebrać nawet o dwudziestej drugiej, a niecierpiące zwłoki mejle muszą być przeczytane jeszcze tego samego dnia. Jak mogłaby odpuścić, kiedy dźwiga na swoich barkach tak ważne obowiązki? Bez niej firma z pewnością by sobie nie poradziła.

Doktor Adam przysiadł na skraju jej łóżka i spojrzał Ewce głęboko w oczy.

– Pani Ewo – zaczął łagodnym tonem – proszę mnie uważnie posłuchać. Jeśli nie zmieni pani diametralnie swojego trybu życia, to nie pociągnie pani długo.

– Chyba pan żartuje – odparła z przekąsem. – Już mówiłam, że jestem okazem zdrowia. Pewnie chce pan wcisnąć mi jakieś drogie suplementy, nie jestem taka głupia – obruszyła się. Nie miała zamiaru słuchać tego, pożal się Boże, specjalisty od siedmiu boleści. Pójdzie do swojego lekarza prywatnie, w końcu tyle się słyszy o brakach w państwowej opiece medycznej. Jasiak zdawał się być niewzruszony jej bojowniczą postawą i zachował spokojny ton rozmowy.

– Jest pani dorosła, więc to od pani zależy, jak wykorzysta tę informację – odpowiedział łagodnie. – Zrobiliśmy wszystkie niezbędne badania, z których jasno wynika, że pani organizm jedzie na oparach, kolokwialnie rzecz ujmując. Jest pani skrajnie osłabiona, niedożywiona, niedobory witamin są dość znaczne, ciało wręcz błaga o odpowiednie nawodnienie. Kawa się nie liczy – dorzucił, widząc jej gotowość do szybkiej riposty. – Czy czuła pani kiedyś ucisk w klatce piersiowej?

– Tak, ale to nic wielkiego – Ewka wciąż nie miała zamiaru przyznać mu racji. Była wściekła, słuchając tych bzdur. – Zdarza się każdemu. Kupię sobie dobre suplementy, stać mnie na to.

– Jeśli tak dalej pójdzie i nic się w pani życiu nie zmieni, to dostanie pani zawału i tyle w temacie – był wyraźnie poddenerwowany, postawa Ewki była wręcz absurdalna, biorąc pod uwagę, że była wykształconą i dojrzałą kobietą. Co ona sobie myślała? Że będzie gnać przed siebie bez namysłu, bo organizm to jakaś niezniszczalna maszyna? Jasiakowi powoli kończyła się cierpliwość do ludzi, którzy myśleli, że za pieniądze są w stanie kupić nawet zdrowie.

– Ale ja niedługo skończę dopiero trzydzieści lat! – rzuciła wyzywającym tonem. – Przecież to jest chore!

– Nie, to pani styl życia jest chory. Ciągle tylko stres, terminy, pogoń za sławą i pieniądzem. Żeby nie było – nie oceniam pani. To pani życie i pani wybór. Ale teraz jest pani moją pacjentką i to ja jestem zobowiązany wyłożyć pani przysłowiową kawę na ławę. Wszystkie symptomy wskazują, że jak tak dalej pójdzie, to się pani po prostu wykończy. I radziłbym pani, aby wzięła sobie moje słowa do serca. Na pani miejscu nie sprawdzałbym na sobie, ile jeszcze tak wytrzymam. Albo się pani opamięta i skończy z tym szaleństwem, albo znowu się spotkamy, tylko wtedy już nie będzie miała pani wyboru. To ostatni dzwonek. Proszę to przemyśleć. Wypis dostanie pani za godzinę – wstał, dając jej do zrozumienia, że czas rozmowy minął.

Ewka patrzyła na niego w milczeniu. Wyraz jej twarzy nie zdradzał żadnych emocji. Jasiak nie potrafił odszyfrować, o czym właśnie myślała. Nie wiedział, czy do niej trafił, ale nie miał sobie nic do zarzucenia – zrobił wszystko, co w jego mocy. Skinął głową i wyszedł.

Ewka spojrzała w okno. W jej głowie kotłowały się tysiące myśli. Tysiące sprzecznych, natrętnych myśli, które tworzyły jeden wielki zamęt. Zwyczajnie w świecie ją zatkało. Stanowczość, z jaką lekarz przedstawił jej sprawę, poruszyła niezbadany dotąd obszar jej podświadomości, do którego spychała wszelkie niepokojące objawy. Jednak nie miała zamiaru się poddawać – przecież czekał na nią fotel prezesa. Miała tyle rzeczy do załatwienia przed oficjalnym objęciem stanowiska. To nie mogło czekać.

Wstała z łóżka i zerknęła na swoje odbicie w małym lusterku. Będzie musiała kupić nowy korektor, żeby zatuszować te niewyjściowe sińce pod oczami. Poszarzałą cerę zamaskuje dobrze kryjącym podkładem, do tego trochę rozświetlacza i będzie dobrze. W zamyśleniu zaczęła zbierać swoje rzeczy, przebrała się w dżinsy, a włosy zaczesała w koński ogon. Po chwili dostała wypis i z ulgą na sercu opuściła szpital. Straciła tu tylko cenny czas, który mogła spożytkować na dużo ważniejsze sprawy.

Przecież musiała znaleźć odpowiedni odcień błękitu, który będzie pasował do fotelu pani prezes Ewy Mirskiej.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *